Patrzę na ciebie jak na stare zdjęcie krzywe, prześwietlone, a i tak boli gdy z żalu tak pisze, gdy ze złości uginają mi się nogi.

Zatańczę z nim wśród deszczu, gdy noc się w skórę boleśnie wbije, gdy chłód zamiast zachwytu po kręgosłupie spłynie.
Krążyłam krótko i bez skutku wszelkiego, byłam pewna upadku swego. Do tej pory żyć to trud ogromny, bawię się niechlubnie w literackie metafory.
Promyki słońca rozmyte w dłoniach, błyszczysz blado dla mamy mojej, świecącą drogę do marzeń jej wskażą
Nie mogę zapomnieć o niezagojonych ranach O lukach, w których szukałam ciebie do rana
Widziałam ją wtedy, kiedy powoli konała, moja razem z nią czułam się taka mała. Mnie miała już siły, aby mnie zagadywać, lecz mówiła, że tęsknić będę.
Bo każde słowo to szept, co w ciemności szuka, Do zamkniętych drzwi nadziei cicho puka. Nawet jedna łza, co po policzku spłynie, Może być mostem w najcięższej godzinie.
Widzę tylko jak palą się światłem te z zimnego szkła witraże. I gdy leżę w ciszy, gdy serce odpoczywa, jej śpiew jak mantra mnie do siebie wzywa. Nie chcę jej słuchać, błagam by przestała…
W filiżance drzemie smoła, gęsta i gorąca, nie to co nijaki trunek, gardło trujący, wciąż niewystarczający. Budzi zmysły dymnym aromatem, gdy poranek jeszcze śpi.
Starsze panie lubią młodych zagadywać jak to teraz u nich mija. I miłosne swe rozterki w sercach chowają, choć wciąż w ich oczach dawny blask ludzie odnajdą.
Gdy znów mnie spotka ta biała droga, Co lśni jak gwiazdy, jasna i złoga, Nie zawracając, wpadnę w Utopię, Gdzie własny grób swym skarbem wykopie.
Dziś słońce nad nami, to dobry jest znak. Gdzieś rodzą się nowi poeci i czuje każde z tych dzieci wolności smak.
W wazonie znów gnije ta biała lilija, blask dnia w cieniu powoli się zmywa. To, co żyło, w mroku się teraz wije, bo ogień pochłania tylko lilije.
Me myśli mijają się z sensem, gdy wątpliwości przybywa. Czy na to serce zasługuję? Czy miłość jest sprawiedliwa?
W lustrze widzi odbicie obce i dalekie, staje się powoli czasu ściekiem. Wszystkie pragnienia, co kiedyś płonęły, dziś w mroźnej ciszy dawno już zasnęły.
Wiersz mój zwyczajny, puenta kuleje, lecz w każdym słowie mam swą nadzieję. Bo choć tekst marny i rym bywa tani, to w nim mieszkam ja – między kartkami.
Nie jestem Wieszczem, co naród prowadził, choć w moich rymach cień duszy się osadził. Ci dawni mistrzowie święci nie byli, cudzym nieszczęściem chętnie się poili.
Marne te Wasze winy i przekupstwa czasu przyszłego. Przyznajcie się do swych win, dobitnie i z rozgłosem. Nie przepraszajcie ani nic, wszak to było kiedyś Waszym losem.
Nie widziałam na tej drodze przeszkód, czysta piaskowa, bez skrętów. Teraz może jest jedna wspomniana blokada, tęsknota mała.
Pyłek lilijny sypie się na słowa, Złoci te rany, co nakreślił czas. Niech ta kartka, choć bólem połowa, Ocali iskrę, nim całkiem zgaśnie blask.
Kiedy jesteś obok, wszystko idealne lecz gdy cię nie ma, czuje się tak fatalnie. Więc proszę, nie odchodź gdy zła pogoda, nie cofaj się gdy burza nagła.
I ta gorycz ludzka w gwiazdach zapisana, nim się obejrzysz, skończysz jak ona sama.
Ale najdroższa, z czasem się przyzwyczaję, że nie będziesz tutaj nigdy na stałe.
A ludzie wciąż toną w grzechu i toną w miłości, gdy czas nieubłaganie gna ku przyszłości. Skoro życie jest jedno, niech z niego korzystają, niech dumnie idą przed siebie i szczerze kochają.
I choć są te chwile ciężkie, obfite, nagminne, mądre, szczere i wspaniałe Miłość kończy się na cichym kochaniem…
I często ci powiem, przyjacielu, że myślę o historii starszego pana w kapeluszu I czasami sama kładę na ich grobie białe róże, w modlitwie pozdrawiam, by nawet w zaświatach kochali się nadłużej.
Marne wiersze, pisane o północy. Marne życie, które trudzi się w nocy
Atencja to umiejętność skupienia uwagi na czymś konkretnym.
Czy jesteś raczej jak wredna Cloé czy może przypominasz miłą i uczuciową Zoé?







































aklivka.