Będąc rozrywaną przez dziesiątki, setki i tysiące myśli, a jednocześnie wcale się nie zastanawiając, zabrałam rozdzielającą nasze usta kartkę, cisnęłam ją na podłogę i wpiłam się w wargi Syriusza.

Wtedy zdałam sobie sprawę z pewnej kwestii. Mugole czuli się uzbrojeni, gdy mieli przy sobie pistolet, czarodzieje różdżkę. My, nieważne czy z planem, czy bez – siebie nawzajem.
Gdyby słońce mogło wypalić ten ból, a deszcz zmyć wspomnienia, nie zastanawiałabym się długo nad wyjściem spod dachu.
Wcześniej byłam zbyt przemarznięta i zażenowana, by skupić się na czymś takim, jak rytmiczne bicie jego serca lub napięte mięśnie. Teraz uderzyło to we mnie ze zdwojoną siłą.
Wszystko to sprawiało, że jego osoba emanowała czymś, co utrudniało mi jasne myślenie.
Przez kilka długich sekund stałam wpatrzona w dal, zapiekły mnie oczy, gardło zacisnęło się. A gdy się obejrzałam, ku swemu zdziwieniu zobaczyłam, że tęczówki Syriusza także lśnią.




