
Rzuciła się naprzód i wyłoniła się z ryjówką w pysku. Była zawiedziona. Zwierzątko to było praktycznie same kości i futro. Pośpiesznie je zakopała i ruszyła dalej, ale szczęście jej nie dopisało.
Swymi kolorami zadziwiają nas wciąż, Widzisz czerwień, pomarańcz, żółć, I nadziwić się nie możesz, Jak cudowna ta jesień jest,
Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Lawenda wpatrywała się w nie jeszcze przez chwilę, nie dowierzając. Wcześniej nie chciała tego dopuścić do siebie, ale teraz zrozumiała. Została porzucona!
Mówiłeś, że mnie ochronisz, że nie mam się czego bać. Pocieszałeś mnie, gdy byłam smutna.
Była zimna noc. Śnieg zapadał się pod łapami Gwiazdy, gdy biegł przed swoją watahą, prowadząc ją ku nieznanemu.
Tata zawsze powtarzał, że żyje w nim potwór, który zjada każdego, kto się zbytnio zapuści w głąb wody.
Urodziła się w mieście. Nie było tam miejsca na współczucie. Matka zachowywała się jakby jej nie było. Ojca nie znała.
Zauważyła jaskinię. Wyglądało na to, że była kiedyś zamieszkana przez borsuka, ale zapach już wywietrzał.
Czułam, jak opuszczasz mnie, choć stałeś tuż obok. Moje łapy słabły, a świat gasł powoli, jak kończący się płomień.


















Lodowata.