Krążyłam krótko i bez skutku wszelkiego, byłam pewna upadku swego. Do tej pory żyć to trud ogromny, bawię się niechlubnie w literackie metafory.

Nie mogę zapomnieć o niezagojonych ranach O lukach, w których szukałam ciebie do rana
Widzę tylko jak palą się światłem te z zimnego szkła witraże. I gdy leżę w ciszy, gdy serce odpoczywa, jej śpiew jak mantra mnie do siebie wzywa. Nie chcę jej słuchać, błagam by przestała…
W filiżance drzemie smoła, gęsta i gorąca, nie to co nijaki trunek, gardło trujący, wciąż niewystarczający. Budzi zmysły dymnym aromatem, gdy poranek jeszcze śpi.
Gdy znów mnie spotka ta biała droga, Co lśni jak gwiazdy, jasna i złoga, Nie zawracając, wpadnę w Utopię, Gdzie własny grób swym skarbem wykopie.
W wazonie znów gnije ta biała lilija, blask dnia w cieniu powoli się zmywa. To, co żyło, w mroku się teraz wije, bo ogień pochłania tylko lilije.
Me myśli mijają się z sensem, gdy wątpliwości przybywa. Czy na to serce zasługuję? Czy miłość jest sprawiedliwa?
W lustrze widzi odbicie obce i dalekie, staje się powoli czasu ściekiem. Wszystkie pragnienia, co kiedyś płonęły, dziś w mroźnej ciszy dawno już zasnęły.
Marne te Wasze winy i przekupstwa czasu przyszłego. Przyznajcie się do swych win, dobitnie i z rozgłosem. Nie przepraszajcie ani nic, wszak to było kiedyś Waszym losem.
Nie widziałam na tej drodze przeszkód, czysta piaskowa, bez skrętów. Teraz może jest jedna wspomniana blokada, tęsknota mała.
A ludzie wciąż toną w grzechu i toną w miłości, gdy czas nieubłaganie gna ku przyszłości. Skoro życie jest jedno, niech z niego korzystają, niech dumnie idą przed siebie i szczerze kochają.















aklivka.