
ericius
1161
O mnie
🥀🐈⬛🫀
homo studiis deditus, po godzinach artystka amatorka. pisanie jest moją terapią, a poza tym nęka mnie jakaś ogólna potrzeba tworzenia, więc jak tylko mam czas szydełkuję, robię... Czytaj dalej
Ostatni wpis
Zaloguj się, aby dodać nowy wpis.
ostatnio sporo zajmowałam się sprzątaniem, a to strych nad garażem, a to taki typowy składzik w domu albo trochę zajmowałam się pudłami po przeprowadzce, które od trzech lat stoją upchnięte w garażu, rzeczy zabrane, bo trzeba opróżnić mieszkanie, ale niezbyt potrzebne do życia, więc tak stoją. przez to wszystko uderzyły mnie trzy myśli.
pierwsze, co przychodzi to okropne przytłoczenie ilością tych rzeczy. widzisz parę metrów sześciennych rzeczy niepotrzebych albo potrzydających się ze dwa razy do roku, które dobrze by było uporządkować i masz ochotę stamtąd uciec albo się popłakać. przeszkadza chaos, przeszkadza zajęta przestrzeń, przeszkadza, że większość tego się po prostu marnuje. p******** kapitalizm każe nam ciągle produkować, zwiększać ilość, wydajność, zarabiać pieniądze. tylko nasuwa się pytanie po co nam do cholery to wszytsko, skoro nam się już k**** nie mieści. patrzysz na karton rzeczy, które zastąpiłaś nowymi, bo miałaś ochotę i najchętniej chciałabyś, żeby nie istniał, ale jedyne co można zrobić to sprzedać, wyrzucić albo trzymać dalej. po tym wszystkim mam chęć zostać skrajną minimalistką chociaż wiem, że mi się to nie uda na ile bym chciała, mogę tylko próbować.
uderza też jakość, szczególnie ubrań. to wszytsko jest z roku na rok coraz gorsze i nie mam na myśli tylko skrajnie patologicznego fast fashion. nowe ciuchy z drogich sieciówek mi się dosłownie rozpadają, a ubrania moich rodziców mają się super, mimo że w znacznej części są starsze niż ja. znalazłam ostatnio w szafie dwudziestoletni sweter mojej mamy, z sieciówki, 100% akryl i jakimś cudem ma się lepiej niż mój akrylowy sweter kupiony zimą po trzech praniach. na matury chodziłam w marynarce od mamy, mam jej skórzaną torebkę, a moja siostra chodzi w jej spodniach z czasów jak poznała naszego ojca. tak sobie ostatnio pomyślałam, że ja większości moich obecnych ciuchów mojej potencjalnej córce dać nie będę mogła, bo to się zwyczajnie nie będzie nadawać. staram się kupować sensowne rzeczy, część sklepów omijam szerokim łukiem, bo chcę tego trochę poużywać, ale coraz częściej po prostu się nie da. znów p******** kapitalizm, któremu lepiej opłaca się wyprodukować coś, co trzeba będzie zaraz wymienić niż dobre jakościowo rzeczy. i nikt mi nie wmówi, że eko skóra jest lepsza dla środowiska, jedynym problem jest tu natury etycznej.
a w ogóle zrobiła się ze mnie przez to wszytsko strasznie sentymentalna p****. strasznie dużo myślę o przeszłości nie mogąc pozbyć się wrażenia, że kiedyś było jakoś lepiej. i tyczy się to większości momentów mojego życia, mimo że niektóre były obiektywnie rzecz biorąc gorsze niż teraz. ale ja jestem na tyle popaprana, że z sentymentem patrzę dosłownie na wszytsko. ostatnio chciałam zrobić sobie podsumowanie liceum w notatkach z podziałem na lata, bo lubię takie rzeczy dla siebie. po pierwsze to uświadomiłam sobie, że ogólnie rzecz biorąc był to dość parszywy czas. spotkało mnie bardzo dużo dobrych rzeczy, ale jednocześnie przeżyłam chyba 5 epizodów depresji i płakałam trzycyfrową ilość razy. chociaż nie czuję, żebym cokolwiek straciła, imprezowanie, bycie popularną i robienie szalonych rzeczy chyba jest nie dla mnie. zresztą głupio by było nazywać najlepszym okresem życia czasy, gdy było się dość głupim, niedoświadczonym i miało totalnie niedokształcony do końca płat przedczołowy. w ogóle lata nastoletnie są pod tym względem strasznie śmieszne, bo najpierw coś robisz będąc święcie przekonanym, że to dobry pomysł, a za jakiś czas zastanaiasz się jakim cudem powstał ci w głowie taki tok myślowy.
mój mózg też zaczął od razu krzyczeć, że najlepsza była trzecia klasa. trzecia klasa była bardzo dziwnym okresem życia, zdecydowanie pełnym lęku i overthinkowania, wydarzyło się mnóstwo rzeczy, bardzo dla mnie emocjonalnie naładowanych i to niestety w negatywny sposób. z jakiegoś powodu po czasie lepsze wydają mi się te momenty, gdzie dużo się działo, bezwzględu na to czy dobrze czy źle niż znośny, ale ciągnący się jak guma marazm.
wiem, rozpisałam się. chyba ostatnio za mało przebywam z ludźmi, którzy rozumieją moje randomowe wywnętrzanie się. jeśli ktoś dotrwał do końca to jestm wdzięczna. trzymajcie się cieplutko <3









ericius
AUTOR•służba zdrowia jest jak:
mam przewlekłą, autoimmunologiczną chorobę jelit (WZJG jakby ktoś był ciekawy). odkąd mi to zdiagnozowali 8 lat temu dali mi leki i wszystko było super, nawet odstawiłam immunosupresję po 4 latach. skończyłam 18 lat, pożegnałam swój naprawdę dobry szpital i dostałam skierowanie na dorosłych. poszłam do jakiejś młodej lekarki, było wszystko okej, więc nawet nie musiała specjalnie się wykazywać, dała jakieś badania, jak wyjdą dobrze do zobaczenia za rok. wyszły dobrze, ale dwa miesięce minęły, a mój układ pokarmowy zaczął o**********, może z przeciążenia psychicznego przed maturami, może z innej okazji. gastrolożka zaginęła w akcji, zapisać przez telefon się tam nie da, bo ciągle wysyłają pod inny numer. poszłam do lekarza w mojej przychodni, jedyna sensowna lekarka stamtąd zniknęła, został jeden, który jest kiepski podobno i jakiś świeżo po studiach. poszłam do tego młodego, facet kompletnie zdezorientowany, dał mi badania, ale wyszły okej, więc dalej dezorientacja, patrzy na mnie pytająco u mówi, że może da mi antybiotyk na jelita albo żebym może zwiększyła moje leki o połowę licząc, że mu sama coś powiem, ledwo pełnoletnia dziewczyna, co z mamą przyszła… dalej próbuję się zapisać w szpitalu, tym razem osobiście z jednej rejestracji odsyłają do jakiegoś sekretariatu, gdzie babka opieprza moją mamę, o to jak nam lekarka kazała się zapisać i łaskawie wpisuje wizytę na październik. szybciej się nie da, jakby coś się działo to na SOR. spoko, czyli mam sobie tak siedzieć i czekać narażając się na pogorszenie w stylu bóle brzucha uniemożliwiające życia, latanie do łazienki po kilkanaście razy na dzień albo krwotoki? not funny at all.
wygląda na to, że będę musiała iść prywatnie, ale nawet nie wiem gdzie bym mogła, a po paru ostatnich wizytach prywatnych w różnych branżach mam wrażenie, że ci tam powiedzą cokolwiek, byle kasę dostać i do widzenia. nie mam problemu, żeby zapłacić komuś kto mi pomoże, ale jak mam iść po to, żeby mi wciskali usilnie leki na sen, pierdzielili o swoich dzieciach i wnukach albo chcieli wlepić półroczny antybiotyk na bakteryjne zapalenie mieszków włosowych, którego nie mam to ja dziękuję
ericius
• AUTOR@irritator ma to sens, będę musiała kogoś poszukać
80Ramone
@ericius geez, trzymaj się tam, mam nadzieję, że to się szybko rozwiąże… nie sądziłam że to powiem, ale już nawet moją neurolog było łatwiej znaleźć, a też był cyrk, bo nikt nie chciał przyjąć dziecka lat 15
Oby ta fajna jednak się odezwała..
ericius
AUTOR•autopromocja
zapraszam na vinted, wystawiłam właśnie parę fajnych rzeczy w tym handmede mojego autorstwa także jakby ktoś chciał zerknąć to zapraszam.
tylko nie piszcie tam jak do mnie, bo mam konto wspólne z siostrą, więc może mieć trochę mindfucka jak to ona będzie odpisywać
https://www.vinted.pl/member/192874805-ericiuseri
ericius
AUTOR•absolutnie uzależniłam się od oglądania „love is blind” u Prostracji i zastanawiam się jak żyć do kolejnej niedzieli w oczekiwaniu na następny odcinek. niby bym mogła na chwilę pożyczyć netixa chłopaka mojej siostry i obejrzeć to sama, ale nie zdzierżyłabym oglądania tego typu programu tak na sucho, to jest bez dobrego komentatora. w sumie tego typu programy u Prostracji, streszczenia gównianych romansów albo podcasty związkowe typu besties, idiotki i ten Dramci to moje very guilty pleasure… ale tak dla kontrastu nie cierpię typowych rom-comów i dosłownie jedyny jaki lubię to „10 Things I Hate About You”, wczoraj się dowiedziałam, że to jest inspirowane „Poskromieniem złośnicy” Szekspira, więc to może trochę wyjaśnia.
tak musiałam poyappować o romansidłach
ericius
• AUTOR@Layvere a to oglądałam kiedyś, też fajne było
Madonna.
@ericius
Czytam podczas oglądania haha
Też uwielbiam jej odcinki
ericius
AUTOR•matury wrapped part 2
bo ostatnia matura już za mną.
angielski rozszerzony to jest coś z czego obstawiałam najgorszy wynik, ale po fakcie doszłam do wniosku, że nie będzie źle, w każdym razie dużo lepiej niż obstawiałam. nie żebym nie doceniała siebie, po prostu było łatwe, więc moje olewanie angielskiego przez całe liceum zostało wybaczone.
na biologię poszłam bardzo optymistycznie nastawiona, a był to istny terminator. nie byłam na to gotowa, nie podobało mi się. wkleiłabym moją reakcję na tę biologię, tylko chyba nie chcę robić full face reveal. szanse na studia nie umarły, ale to głównie zasługa pozostałych rozszerzeń.
nie wiem, co sądzić o matmie rozszerzonej, ja pierwszy raz miałam czas na sprawdzenie arkusza, ludzie mówili albo łatwe albo dramat, nic pomiędzy. ja jestem zadowolona, chyba będzie z 10% lepiej niż myślałam.
na ustnym angielskim prawie umarłam ze strachu, ale mogłam opowiedzieć o koncercie Myslovitz w moje 17 urodziny, także nie ma tego złego. a panie bardzo sympatyczne były.
chemię skończyłam strasznie szybko, ale kompletnie nie umiałam ocenić jak mi poszło. taka bardzo średnia była, ani łatwa, ani trudna, przyjemna nawet. jak potem patrzyłam odpowiedzi to miałam tylko kilka błędów, także fajnie.
a na koniec ustny polski. jakoś strasznie się tym ekscytowałam i chciałam sobie pogadać o książkach xd. miałam „czy człowiek decyduje o własnym losie?” i „jak smutek, żal i rozpacz wpływają na człwieka?”, a do tego obraz. odwołałam się do „Małego przyjaciela” i hp z takich moich rzeczy. pani się chyba moja wypowiedź spodobała, bo się do mnie uśmiechała jak gadałam i dostałam 97%.
także podsumowując, chyba fajnie mi poszło i wreszcie mam wakacje :)
Chiaraa
Pierwsze tak długie wakacje w życiu :)
80Ramone
@ericius omg gadanie o Myslovitz najlepsze
I graty wyniku!!
ericius
AUTOR•wejście do losowego tramwaju i pojechanie przed siebie nie ogarniając za grosz komunikacji w mieście, gdzie jesteś na Noc Muzeów to fatalny pomysł jeśli akurat jest po 11 w nocy, do domu masz kilkadziesiąt kilometrów, a do auta 10 (pozdrawiam moją kuzynkę, która nas na to naciągnęła i moją siostrę, która uznała, że w najgorszym razie pójdziemy do auta na pieszo).
nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo finalnie dotarłyśmy i miałyśmy mega szczęście, że postanowiłyśmy pobiec na przystanek podczas przesiadki, bo musiałybyśmy czekać pół godziny na kolejny autobus, a o północy to nie jest za grosz zabawne. sama Noc Muzeów to niestety absurdalne kolejki do wszystkiego albo kombinacje z wcześniejszą rejestracją, więc trochę to nieopłacalne, ale odhaczyłyśmy trzy miejsca, które nawet stricte muzeami nie były. dwa sobie odpuściłyśmy po zobaczeniu jak dużo jest chętnych. gra nie warta świeczki w większości przypadków.
podsumowując, głównie najeździłyśmy się komunikacją, co dla moich toawrzyszek było rare experience, bo one są wsiobusy typu pks wariors. dla mnie też pozytywnie, bo kocham Warszawę po zmroku, a szczególnie chodzić na pieszo lub tak się kręcić po dworze. przy okazji poniekąd pokonałam traumę pojawienia się w dwóch miejscach, co też należy zaliczyć do pozytywów.
w ogóle uwielbiam wycieczki z nimi, bo zawsze musi się stać coś strasznie przypałowego, (dzisiaj to się nazbierała cała lista) ale zawsze jakimś cudem wszytsko kończy sie dobrze, conajwyżej pobędzie trochę niezręcznie