
auroraborealis
auroraborealis
imię: venus
miasto: seattle, lata 90.
o mnie: przeczytaj
11
O mnie
now i'm bored and old]
nie mam pojęcia, co jeszcze wyprawiam na tej stronie.
nie tworzę quizów, nie piszę opowiadań, ale lubię vibe losowych wpisów, lubię czytać co mają do powiedzenia inni, a ja sama uwielbiam rozpisywać się na temat... Czytaj dalej
Ostatni wpis
Zaloguj się, aby dodać nowy wpis.
mało mnie ostatnio tutaj, na co składa się kilka powodów. po pierwsze, brak czasu. styczeń tego roku skumulował większość nietkniętych albo niedokończonych spraw z zeszłego roku, i wszystkie po prostu się nawarstwiły (w efekcie przeżyłam cały rok w jeden miesiąc i teraz staram się pojąć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło). po drugie, realne życie jest ostatnio dla mnie na tyle zajmujące, że niewiele siedzę w mediach społecznościowych. doszłam do wniosku, że o zainteresowania trzeba dbać póki są, więc spędzam swój czas wolny na malowaniu, szydełkowaniu (tak, dalej robię ten sam sweter, nie, nie jestem nawet w połowie), czytaniu, graniu na gitarze i oglądaniu motoryzacyjnego contentu. sporo wychodzę z domu, no i nabijam kolejne godziny na spotify, słuchając może 5 piosenek pearl jamu na krzyż. stwierdziłam ostatnio, że może zajmę się fotografią i lepieniem z gliny, więc szukam aparatu i większej ilości wolnego czasu, bo głupio by było zrezygnować z pracy dla glinianych figurek, a potem narzekać, że nie ma za co kupić gliny. miałam wracać do pisania, więc coś tam się pisze, ale w tempie 2 zdań na dzień, więc jest jak jest, nie mam pojęcia w co ręce włożyć, przez co wszystko robię po trochu. dosłownie.
od kilku dni oficjalnie znajduję się na tym świecie 2 dekady, więc za kolejne dwie będę mogła przechodzić kryzys wieku średniego, za jeszcze dwie będę już na emeryturze, a za jeszcze dwie pewnie w grobie. szybko leci ten czas.
przyznam, że ostatnio znowu zaczęłam się przejmować tym, co sobie myślą o mnie inni, i to tak dość mocno. do tego stopnia, że znowu odpalił mi się overthinking na temat życia, wszystkich obecnych lub kiedyś obenych w moim życiu osób i relacji, a na sam koniec przypomniałam sobie jak dobrze jest być sobą, mieć własne niepodważalne zdanie, cechy osobowości, które inni mogą albo kochać albo nienawidzić, więc w efekcie chyba zatoczyłam koło i wracam do swojej i don't care ery. bo tak w sumie głupio by było spędzić życie pod dyktando randomów. wiele razy poruszałam ten temat tutaj, a jako że lubię się powtarzać, to raz więcej nie zaszkodzi. chciałam kiedyś dopasować na siłę swoją osobowość, sposób ubioru i bycia do jakiejś estetyki, byleby zmieścić się do konkretnego pudełka i być "spójną" osobą. do teraz mam naleciałości takiego toku myślenia, ale na obecną chwilę chyba mam już gdzieś te wszystkie naciągane estetyki, mogę być wszystkim, nawet jeśli rzeczy, które robię kompletnie się wykluczają. jednego dnia mogę być dresem, drugiego najbardziej overdressed osobą wśród znajomych, a trzeciego mieszanką tych dwóch. to samo, jeśli chodzi o wszystko inne. gatunki czytanych książek, muzykę, czy zainteresowania. świat jest zbyt różnorodny, żeby robić sobie krzywdę i się ograniczać.
ostatnio dotarło do mnie, że mój gap year powoli dobiega końca. do tej pory nie wybrałam żadnego kierunku studiów i mimo że dużo rzeczy wyklarowało się po drodze, chyba nadal uważam, że nigdzie nie pasuję na 100%, i nie wiem czy to się zmieni. staram się co miesiąc albo kilka przeglądać kierunki i sprawdzać, co się zmieniło, ale w obszarze moich zainteresowań nie ma niczego interesującego. być może zostanie mój plan A, który okazał się być niewypałem i jednak pójdę na finanse. być może wybiorę coś najbardziej losowego, a być może po prostu nie będę potrzebować studiów wcale. fajnie by było.
pierwszy raz od półtorej roku wydaje mi się, że wiem co robię. albo przynajmniej bardziej wiem niż nie wiem. znowu mam jakieś plany. znowu dość sporo oszczędzam i znowu wydaje mi się, że to co się dzieje może mieć jakiś głębszy sens. o ile jakikolwiek ma.
generalnie u mnie chyba zaskakująco nawet w porządku. chętnie poczytam sobie co u Was.
trzymajcie się cieplutko <3
@auroraborealis hej
myślę, że to dobrze. bardziej żyjesz naprawdę niż zapychasz sobie czas socialami.
to w takim razie szacun za przetrwanie i ogarnięcie tak intensywnego miesiąca.
brzmi jak dobrze spędzony czas. posiadanie miliona hobby to coś z czym się utożsamiam, chociaż w moim przypadku to przeskakiwanie z zajęcia na zajęcie co parę tygodni albo miesięcy i poświęcanie na to prawie całego wolnego czasu bardziej niż konsekwentne robienie po trochu wszystkiego.
i totalnie zgadzam się z tym, że wcale nie trzeba się doasowywać pod konkretną estetykę, etykietkę, ramkę, gębę czy jak tego nie nazwać. lubimy upraszczać, ale nikt taki nie jest w 100%, więc po cholerę się ograniczać by sie gdzieś wpasować. też raz jestem overdressed, raz gotką, raz dziewczyną w dziwnych vintage ciuchach, a raz w szerokich jeansach i bluzie, bo tak mam ochotę.
rozumiem twój ból, mnie też zaraz czeka wybieranie studiów i wciąż nie wiem czy mój plan a jest tym czego naprawdę chce, czy wygodnym przyzwyczajeniem, które jednocześnie spełni oczekiwania ludzi dookoła. w każdym razie mam nadzieję, że podejmiesz decyzję, z której będziesz zadowolona czy byłyby to finanse czy dziwny, impulsywnie wybrany kierunek czy postanowisz na studia jednak nie iść.
bardziej wiedziec niż nie wiedzieć to już całkiem dużo w sytuacji, kiedy teoretycznie można robić wszystko, bo nie ma się już na horyzoncie paru lat edukacji, które tak czy siak trzeba odhaczyć. i cieszę się, że u ciebie dobrze.
u mnie całkiem okej, może nie jest super, ale źle na pewno nie jest. trochę wpadłam w rutynę, co z jednej strony jest komfortowe, a z drugiej wiem, że jak za długo posiedzę w tym stanie to się to na mnie dość niekorzystnie odbije. ale narazie jeszcze jest okej. w każdym razie żyję sobie między moimi ludźmi, a maturą, ale los czasem podrzuci mi coś głupiego, żebym nie umarła z nudów. na przykład sekcję techniczną rapującą taco hemingwaya dziś w szkole przed spotkaniem z jakimś aktorem, który finalnie nie przyjechał. albo kolegę zaczepiającego mnie, żeby się pochwalić piosenką, którą robi. także jest znośnie, od czasu do czasu fajnie.
też się trzymaj <3




auroraborealis
AUTOR•ostatnimi czasy mam wrażenie, że stałam się monotematyczna, albo nawet gorzej, bo pewne wpisy, dodawane tu niedawno, w moich oczach nawet nie posiadały jakiejś konkretnej tematyki, nie poruszały żadnego konkretnego problemu, po prostu były.
ale szczerze mówiąc, już dłuższy czas temu doszłam do wniosku, że posiadanie konta na tej stronie to trochę moja osobista terapia, nawet jeśli mam komu się wygadać irl i nawet jeśli shitpostuję. no bo wpisy na tej stronie mają swój osobisty vibe i z jakiegoś powodu pisanie ich jest przyjemne, nawet jeśli nikt ich nie przeczyta, albo zrobią to 2-3 osoby. po prostu sentyment trzyma tą moją potrzebę napisania czegoś tutaj od czasu do czasu, a ja nie protestuję.
otóż muszę się podzielić tym, że ostatnio u mnie zaskakująco dobrze, a porównując z zeszłym rokiem, nawet bardzo dobrze. nie mogę powiedzieć, żeby moja motywacja do wszystkiego wróciła do takiego poziomu jak kiedyś, bo tak nie jest i wydaje mi się, że już nigdy nie będzie. pewne sytuacje zmieniły mnie do tego stopnia, że już raczej nigdy nie będę huraoptymisyką, moje różowe okulary wyblakły i zostało mi bycie realistką. staram się nie przebodźcować, więc nie ekscytuję się za bardzo jeśli nie ma czym, do tego bardzo oszczędzam optymizm i wolę zobaczyć, co będzie dalej i ocenić sytuację po fakcie, bo przejechałam się za dużo razy wyciągając zbyt pochopnr wnioski. wydaje mi się, że to już nie kwestia jakichś moich wewnętrznych problemów, a po prostu dorosłam.
mimo, że wiele rzeczy mi przeszkadza, wydaje mi się, że warto żyć dla tych drobnych czy większych zmian, cięższych momentów w życiu, własnych zainteresowań, czy czegokolwiek, co przynosi radość. wszyscy "specjaliści" mówią, że trzeba znaleźć jakiś cel w tym wszystkim, coś co nas napędza. nie wydaje mi się, żeby to była do końca prawda. tzn. na pewno z celem jest łatwiej, ale prawdziwa sztuka to nauczyć się żyć bez niego. żyć po prostu i nie mieć wyrzutów sumienia, że się żyje.
system edukacji i presja społeczna indoktrynują nas od małego, wciskając, że trzeba znaleźć ten przeklęty cel i "być kimś". celem nie mogą być spacery, czy czytanie książek, albo słuchanie muzyki, bo to byłoby zbyt płytkie, w ten sposób nie robi się przecież kariery, nie jest się pożytecznym dla ogółu i nie zarabia. ale co jeśli to jest właśnie ten prawdziwy cel? żeby być zwyczajnie szczęśliwym człowiekiem? albo względnie szczęśliwym?
nie wiem, ale wydaje mi się, że może tak być.
kiedy byłam młodsza i zaczęłam operować własnymi pieniędzmi, myślałam, że można się uszczęśliwiać kupowaniem rzeczy. i owszem, można. ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że już wszystko mam i nie ma takiej rzeczy, którą mogłabym zapełnić lukę. a luką było po prostu polubienie przebywania we własnym towarzystwie. brak jakiegoś wiszącego celu i perspektyw, albo moich niewykorzystanych "talentów", które przecież trzeba wykorzystać, bo jest ileśtam osób na moje stanowisko domniemanej pracy.
mam to gdzieś. pod koniec sierpnia pisałam, że dobija mnie to, że nie wiem nic. dzisiaj wydaje mi się, że to dobrze, bo dzięki temu szukam. czy gdybym poszła bezmyślnie na jakiś kierunek studiów, który nie do końca współgra z moimi zainteresowaniami, szukałabym dalej? pewnie nie.
obudziłabym się za kilka lat, mając tytuł magistra i zero pojęcia o tym, co lubię robić, a także zero czasu na pasje.
nie mogę powiedzieć, żebym była mistrzynią w rozwijaniu swoich zainteresowań, bo ostatnio czasu mam mniej niż chęci (o dziwo) i muszę priorytetować pewne rzeczy kosztem innych. ale staram się i wiem na pewno, że jeśli kiedykolwiek zdecyduję się pójść standardową ścieżką studia —> kariera, zrobię wszystko, żeby móc rozwijać to, na co mam ochotę. żeby móc nadal być sobą i nie zaniedbać zainteresowań.
jeżeli więc okaże się, że nie wybiorę w przyszłym roku żadnego kierunku, albo wybór będzie taki sam jak kilka miesięcy temu, pójdę swoją drogą. jakąkolwiek, byle była moja własna.
nie sądzę, żebym kilka miesięcy temu myślała to samo, bo byłam w zupełnie innym miejscu, ale cieszę się, że doszłam do takich wniosków.
nie czuję tych wystrzałów endorfin myśląc o tym, czym mogłabym się zajmować w przyszłości bez studiów, albo wykorzystując jakieś swoje artystyczne umiejętności, ale nie czuję też jakiegoś wstrętu. tylko spokój.
ostatnimi czasy poza pracą zajmuję się porządkowaniem całego życia, żeby wszystko się jako tako trzymało. idzie mi to nienajgorzej i w takich momentach cieszę się, że mam gdzieśtam na to czas.
poza tym wracam do regularności w pewnych rzeczach, znowu gotuję sama (jak najdalej od kupnego gowna), jeszcze tylko jakaś aktywność fizyczna i będzie bingo. i chociaż nie jestem mistrzynią produktywności, tracę czas na gapienie się w ścianę albo myślenie o kwestiach, które nie przybliżą mnie nigdy do wielkiej kariery czy bogactwa, jest mi całkiem dobrze i czuję się dość stabilnie. i co najlepsze, gdyby teraz wszystko okazało się niewypałem, nie skończyłoby się to załamaniem nerwowym ani półtorarocznym spadkiem wszelkiej motywacji. stwierdziłabym, że w sumie spoko i poszła dalej.
dziękuję za przybycie na mojego tedtalka.
RunWildRunFree
Chciałabym zaznaczyć że z wpisu z którym jak zwykle mogę się utożsamić (jak ty to robisz kobieto) trafia do mnie ten akapit:
„system edukacji i presja społeczna indoktrynują nas od małego, wciskając, że trzeba znaleźć ten przeklęty cel i "być kimś". celem nie mogą być spacery, czy czytanie książek, albo słuchanie muzyki, bo to byłoby zbyt płytkie, w ten sposób nie robi się przecież kariery, nie jest się pożytecznym dla ogółu i nie zarabia. ale co jeśli to jest właśnie ten prawdziwy cel? żeby być zwyczajnie szczęśliwym człowiekiem? albo względnie szczęśliwym?
nie wiem, ale wydaje mi się, że może tak być.”
kiedy ktoś ubiera twoje myśli w słowa i nadchodzi to takie dziwne uczucie… dziękuję że napisałaś coś czego ja nie potrafiłam
auroraborealis
• AUTOR@RunWildRunFree ja po prostu piszę co myślę, niemniej jednak bardzo się cieszę, że to do Ciebie trafia i że możesz się z tym utożsamić <3