
Przy pomocy wpisów możesz zadać autorowi pytanie, pochwalić go, poprosić o pomoc, a
przede wszystkim utrzymywać z nimi bliższy kontakt. Pamiętaj o zachowaniu kultury,
jesteś gościem :) *Jeśli chcesz odpisać konkretnej osobie, użyj funkcji " Odpowiedz" - osoba ta dostanie powiadomienie* ×



auroraborealis
AUTOR•obecnie znajduję się w potężnym kryzysie muzycznym, do tego stopnia kryzysie, że na mojej playliście znalazła się mieszanka metalliki, lany del rey, paktofoniki, taco hemingwaya i mötley crüe.
nie żebym coś miała do kogokolwiek z powyższych, ale odpalając to w aucie na głośniku czuję się jakbym siedziała u kogoś innego, nie u siebie, a jak chodzi o paktofonike, lane czy taco to już w ogóle XD generalnie teraz znajduję się w potężnej fazie na Alice in Chains, ale nie zawsze mam odpowiedni mood, tak więc szukam polecajek.
zespoły i wykonawcy debiutujący przed 2000 rokiem, dobrze by było, żeby to był rock (lub jakiś podgatunek). może być metal, ale tylko jeśli to Megadeth. może być też pop, ale sprzed 1995 roku. generalnie szukam czegoś co mocno buja, bo piosenek do których można posmęcić mam aż zanadto XD
od siebie mogę polecić The Bitch is Back Eltona Johna, Doubleback i Viva Las Vegas od ZZ Top, Send Me a Postcard od Shocking Blue oraz Tornado of Souls od Megadeth (czy nabiłam rekordową ilość odtworzeń jednej piosenki w ciągu doby? możliwe, ale solówka jest tego warta.)
no i Put You Down oraz Bleed The Freak od Alice in Chains (generalnie cały album Facelift to jest arcydzieło).
Avinashi_
Rzuce takimi trzema losowymi, mało znanymi piosenkamj, które mnie osobiście bujają:
Pink as Floyd — Red Hot Chilli Peppers
Nothing's gonna change my love for you — Glenn Medeiros
Soul Kitchen — The doors
Przezywam podobny kryzys, więc lączę się w bólu xxx
Arenava
@ericius @auroraborealis bardzo bardzo popieram polecanie Bring Me The Horizion, jesli nie chcesz słuchać deathcore'u, to znów popieram słowa ericius i jeszcze polecę POST HUMAN: NeX GEn. Jedyne to oni debiutowali bodajże w 2004 roku
auroraborealis
AUTOR•chyba już z rok nie było wpisów, gdzie narzekałam na ludzi (a to był chyba mój główny content przez dłuższy okres), więc dzisiaj jest ten dzień. nie pozdrawiam instagrama XD
generalnie zacznijmy od tego, że przez jakiś dłuższy czas przyjaźniłam się z bardzo toksyczną osobą, z którą ok. półtorej roku temu udało mi się zerwać kontakt. nie cieszy mnie sposób, w jaki to się stało (nagle, bez wyjaśnienia i bez powiedzenia wszystkiego, co chciałam powiedzieć), ale do teraz cieszy mnie, że to się w ogóle stało, bo to ten typ osoby, co może kogoś nienawidzić, ale będzie utrzymywać znajomość mimo to, bo przecież ilość znajomych świadczy o tym, jakim kto jest człowiekiem.
mimo tego, że przez dłuższy czas była to jedyna osoba, która mnie nie irytowała w żaden sposób, wpadła we "wpływowe" towarzystwo i mocno się zmieniła (zarówno jej zachowanie, jak i zainteresowania, plan na życie). nie mnie to oceniać, ale generalnie zmiana była bardzo zauważalna, bo po każdym spotkaniu z nią byłam w mentalnym dołku i nie miałam ochoty na kolejne. przy tym wszystkim był to okres, kiedy trochę brałam sobie do serca to, co mówili inni, a ona mówiła zaskakująco dużo. że czytam dziwne książki, że słucham dziwnej muzyki, że mam dziwne zainteresowania, dziwnych znajomych, że mam dziwny sposób bycia i tak możnaby wymieniać. ogólnie krytykowała wszystko, co się dało, jednak zdecydowanie najbardziej bolała mnie krytyka gustu muzycznego z ust osoby, która za najwybitniejszą osobę w tej dziedzinie uznawała taylor swift czy olivię rodrigo, krytykując jednocześnie klasyki. nie żebym miała coś do powyższych piosenkarek, if you know what i mean.
dzisiaj instagram podrzucił mi jej profil (tak się nie robi….) i dowiedziałam się, że typiara biega na koncerty zespołów rockowych (które uważała za dziwne, bo tego się przecież nie da słuchać XD).
no i do meritum, bo cała ta historia to właściwie tylko tło do tego, co mi siedzi w głowie od jakiegoś czasu. jeżeli jesteście krytykowani przez innych z powodu własnego sposobu bycia, a nikogo tym nie krzywdzicie (chodzi mi o fizyczną lub psychiczną krzywdę, takie obiektywne zło), to czas zmienić towarzystwo. nie ma co się tym przejmować, czy w ogóle o tym myśleć, bo te osoby sobie gadają, pewnego dnia wasze drogi się rozejdą i będą gadać dalej, ale możliwe, że zupełnie inne rzeczy. może nawet takie, które będą stanowiły hipokryzję względem wcześniejszych stwierdzeń.
nie zliczę ile czasu w liceum straciłam na tego typu osoby i ich mądrości, podczas kiedy mogłam po prostu cieszyć się tym, że mam trochę inne (niż większość tiktokowego społeczeństwa) zainteresowania i że overall jestem sobą. i naprawdę mam nadzieję, że studia nie zmienią mojego podejścia i że nawet jeśli trafię na osoby o ujemnym intelekcie lub niewybrednym zdaniu na mój temat, to jakoś uda mi się w tym wszystkim pozostać sobą.
dziękuję za przybycie na mojego tedtalka, od października wracamy do regularnego narzekania na ludzi we wpisach XD
ericius
@auroraborealis cóż, wspaniale dla ciebie, że już jej nie ma w twoim życiu i niech robi sobie co chce. chociaż znając rockowe i alternatywne towarzystwo to duża szansa, że ktoś zwyzywa ją od pozerów.
wnioski bardzo słuszne, chciałam tu coś mądrego napisać, ale w zasadzie to wszystko co sądzę na ten temat to napisałaś sama
lunaae
dobrze, że wyszłaś z tej relacji. ja z relacji która zabierała mi mnóstwo energii życiowej wyszłam kilka dni temu i wiem, że to wymaga dużej odwagi i jaj żeby się na to zebrać. także gratki wielkie dla Ciebie i powodzenia z relacjami na studiach. już się nie mogę doczekać narzekających wpisów >:)
auroraborealis
AUTOR•szczerze mówiąc ostatnie zmiany na stronie trochę zmotywowały mnie do tego, żeby poszukać swoich starych quizów z poprzedniego konta. no i znalazłam, ale jeśli mam być szczera, poza miniaturkami i tytułami, kompletnie nie pamiętam procesu ich tworzenia, co więcej, te quizy tak strasznie ze mną nie współgrają na obecną chwilę, że a) z jednej strony cieszę się, że zostały, b) z drugiej cieszę się, że tamto konto już nie istnieje i nie muszę na nie patrzeć.
zresztą miałam już quizów kompletnie nie robić, ale w tym tygodniu miałam trochę czasu, którego pewnie i tak lepiej bym nie wykorzystała, tak więc używając ostatków mojej weny twórczej, wrzuciłam to co akurat udało mi się stworzyć. no i też te pojedynki (nie wliczając oprawy graficznej) overall mega szybko i przyjemnie się robi.
na obecną chwilę pewnie znowu wrócę do swojej większościowej nieaktywności i znowu będę sobie siedzieć w realnym świecie, także trzymajcie się cieplutko!!
ericius
@auroraborealis hm, ja się cały czas biję z myślami czy nie usunąć mojego starego konta, gdzie miałam dość shitty quizy z hp i jakichś książek/filmów. jak zakładałam to to pomyślałam, że zostawię, bo zanim miałam konto lubiłam robić nieprofesjonalne quizy w niszowej tematyce. teraz sobie myślę, że chyba jednak usunę to w cholerę i może zrobię remake czegoś na tym koncie, bo pomysły nie były najgorsze, może pomijając jakieś bardzo common konwencje typu test z jakiejś książki.
aj, szkoda, że zamierzasz zniknąć, bo dobry content robisz, no ale rozumiem, prawdziwe życie i dorosłe obowiązki są w też ważne i czasem lepsze
auroraborealis
• AUTOR@ericius tbh remake starych rzeczy to jest super pomysl!!
ja przechodzilam w zyciu taki okres, ze jak cos do mnie juz nie pasowalo, to po prostu wywalalam to calkowicie i tak tez bylo z kontami tutaj – jak tylko uznalam, ze te quizy/opowiadania juz mnie nie bawia, albo ze siedzenie na tej stronie nie jest dla mnie, odpalalam procedury, tylko po to, zeby wrocic kilka miesiecy pozniej z innymi, nowszymi pomyslami, na innym koncie. mialam chyba troche problem z zaakceptowaniem tego, ze troche sie zmieniam, i ze w internecie zostaja pozniej slady tego, kim bylam kiedys. dzisiaj bym pewnie nie usunela, ale jednoczesnie nadal bolaloby mnie to, ze takie konto istnieje XD
tak calkiem nie znikam, po prostu bede tu rzadziej, postaram sie wchodzic czesciej niz raz na 2 tygodnie, bo mimo wszystko czytanie wpisow ludzi to moja ulubiona rozrywka ostatnio hahah
auroraborealis
AUTOR•zalogowałam się tu około miesiąc temu żeby dodać wpis i podpowiadać na zaległe. never happened.
pochłonęła mnie codzienność. całkowicie.
dawniej byłam osobą, która znaczną większość czasu spędzała w swoim świecie. od tworzenia postaci, rysowania, po pochłanianie ogromnych ilości fantastyki, czytanie całymi dniami, słuchawki i spotify 16h na dobę, czy pisanie własnych opowiadań. i czego bym nie robiła, z jakiegoś powodu ciężko jest mi do tego wrócić, nawet kiedy mam więcej czasu niż standardowo i nie pracuję. ostatnio wydaje mi się, że strasznie cofnęłam się w rozwoju, że nie potrafię ubierać w słowa swoich myśli tak jak dawniej, że nie analizuję już niczego, co się wokół mnie dzieje. że żyję mniej świadomie niż kiedyś, że mam mniej przemyśleń na temat życia, pędzę za złotym królikiem i że w zasadzie naprawdę potrzebuję chociaż częściowego powrotu do przeszłości.
mój gap year już praktycznie się kończy i z jednej strony cieszę się, że w jego trakcie zajmowałam się tym, czym się zajmowałam, a z drugiej, gdybym wiedziała, że po roku dojdę do takich samych wniosków jak rok temu, nigdy bym się na to nie pisała. póki co nie chcę oceniać przedwcześnie czy to miało jakiś sens czy nie, bo de facto takie rzeczy wychodzą dopiero z perspektywy czasu, ale jakoś czasem mam wrażenie, że życie poszło do przodu beze mnie i ja nadal siedzę sobie w bezczasie, mając za sobą liceum, a przed sobą całe życie i multum dróg (z których żadna nie wiąże się ze studiami). bo szczerze, gdybym miała alternatywę, nie pakowałabym się na żaden kierunek, nie tylko dlatego, że to nie dla mnie, ale i też po to, żeby zrobić na przekór wszystkim osobom, które non stop powtarzają, że studia to przecież podstawa, bo one je mają, ale jednocześnie te same osoby są obrazem ogromnej nieudolności życiowej. czy istnieje większa hipokryzja?
nie wiem.
ale tak poza tym, nie jest u mnie źle. od połowy czerwca moim głównym zajęciem w ciągu dnia było tracenie benzyny (czyli innymi słowy jeżdżenie autem). przesłuchałam w tym czasie większość albumów alice in chains, po czym doszłam do wniosku, że w samochodzie i tak najbardziej buja cały american idiot od zielonych, i że w sumie to nie lubię metalliki. dosyć sporo przebywam też wśród ludzi, w zasadzie nie tylko rówieśników, ale i tych, którzy tak po prostu sobie są, w tych miejscach, w których ja jestem codziennie. i w zasadzie miło się z nimi wszystkimi rozmawia, ale jednocześnie dochodzę do wniosku, że myliłam się co do siebie, i że tak naprawdę znacznie bliżej mi do introwertyczki, niż ekstrawertyczki. po każdym dłuższym spotkaniu z ludźmi potrzebuję dwóch dni tylko dla siebie, bo po prostu czuję się przebodźcowana.
zaczęły się wakacje i póki co nie jest najgorzej, mimo że nie znoszę lata. nawet cieszy mnie, że jest ciepło, że w jakiś sposób mam flashbacki lata 2023 (które było totalnym przeciwieństwem wiosny tego samego roku), że jest trochę bardziej beztrosko niż zwykle. mogłoby być co prawda trochę lżej jeśli chodzi o pogodę, ale tak poza tym zapowiada się całkiem ok, pod warunkiem, że zacznę realizować to, co sobie założyłam na początku.
sterta książek do przeczytania rośnie, lista rzeczy do zrobienia też, a ja właściwie nie chcę myśleć o przyszłości ani przeszłości, tylko chcę żyć sobie chwilą. i właściwie do tego też dojrzałam całkiem niedawno. bo dawniej albo non stop myślałam o przyszłości, planowałam na kilka lat do przodu ze wszystkimi szczegółami, a później zderzałam się boleśnie z rzeczywistością, albo myślałam o przeszłości i obsesyjnie porównywałam ją do teraźniejszości, znowu zderzając się z rzeczywistością, bo często okazywało się, że pomimo moich prób zrobienia wszystkiego, żeby dany moment przypominał podobny z przeszłości, nadal był inny i to już nie było to samo.
myślę, że wrócę do shitpostowania i jednego dłuższego wpisu w tygodniu. nie wiem jak to wyjdzie w praktyce, ale tak robiłam kiedyś i miało to jakąś swoją regularność, o którą obecnie bardzo mi ciężko. kiedyś wpisy to był mój dziennik, i dosłownie kiedy cokolwiek ciekawego się działo, opisywałam to tutaj. prócz tego, dalej mam w notatkach opowiadanie, które mogłoby nawet nadawać się do opublikowania tutaj, gdyby było skończone. naprawdę, jedyne czego mi teraz brakuje do szczęścia to samodyscyplina i regularność, nie tylko tutaj, ale też w życiu, relacjach i zainteresowaniach.
postaram się też chociaż pobieżnie ponadrabiać wpisy, ale tu też nic nie obiecuję, bo mimo że doba ma tyle samo czasu co zawsze, nadal mam wrażenie, że czas płynie 5 razy szybciej. trzymajcie się <3
auroraborealis
• AUTOR@Chiaraa osobiście uważam, że studia nie świadczą o absolutnie niczym, ale niektóre osoby w mojej rodzinie i w bliskim otoczeniu próbują wmówić mi, że bez studiów nie ma niczego innego i że człowiek stoi w miejscu, nie rozwija się. jednocześnie te same osoby w większości są niewolnikami czynszów najmu, kredytów i własnych nałogów, a osoby które osiągnęły jakiś, nazwijmy to sukcesem, najczęściej zawdzięczają to nie studiom, a tym wszystkim rzeczom, które robili poza studiami. owszem, liczą się do stażu, ale z reguły jest to (moim zdaniem) przedłużenie liceum, gdzie część przedmiotów to zapychacze, i poświęcenie tego czasu na cokolwiek innego (pasje, zainteresowania, pomysły na własną działalność), mogłoby zaprocentować bardziej. słyszałam też o ludziach, którzy zamiast na studia poszli po prostu do pracy, a w międzyczasie robili jakieś swoje rzeczy i po kilku latach zamiast szukać pracy w jakimś konkretnym zawodzie (jak większość studentów), byli już ustatkowani. generalnie na system emerytalny kompletnie nie liczę, bo dzisiaj to jest co najwyżej dodatek, a nie pieniądze, za które da się jakoś godnie żyć. czy się przydają, nie wiem, pewnie będę w stanie to ocenić za kilka lat, no i nie wykluczam też zmiany perspektywy :D
Chiaraa
@auroraborealis wiem o co chodzi, bo sama znam osoby, które tak myślą. Tak czy inaczej, po prostu życzę powodzenia w dalszej drodze :)
auroraborealis
AUTOR•niektórzy mówią, że pieniądze nie dają szczęścia i że tak w sumie pieniądze to nie wszystko. a dorosłość polega chyba na tym, żeby zrozumieć, że takie gadanie należy włożyć między bajki.
żyjemy w tak konsumpcyjnym i zepsutym świecie, że żeby być zdrowym i choć trochę szczęśliwym, trzeba mieć pieniądze. i tak na dobrą sprawę zawsze gdzieś tam uważałam, że spoko git, pieniądze zawsze się znajdą, a to inne rzeczy są ważniejsze. aż nie zaczęłam zarabiać i posiadać własnych wydatków. w przeciągu pół roku wydałam naprawdę, naprawdę sporo i najgorsze jest to, że tylko mała część tych rzeczy to były zachcianki. reszta to utrzymanie i codzienność, kupno rzeczy niezbędnych, edukacja, coś czego nie da się przeskoczyć. a w przyszłym roku zapowiada się jeszcze weselej.
i tak oto mała ja, której wydawało się, że życie polega na magii przyjaźni, zderzyła się z rzeczywistością. i bardzo jej współczuję.
kiedy byłam młodsza wydawało mi się, że naprawdę mała część ludzkich nieszczęść to pieniądze, że niektóre problemy da się załatwić nie mając grosza przy duszy. ale prawda jest taka, że przeważająca większość problemów, jakie zauważam w swoim życiu to tylko i wyłącznie kwestia pieniędzy. każda niezrealizowana lub odłożona rzecz w życiu czy każde większe zmartwienie zawsze dałoby się rozwiązać kasą i tylko kasą. owszem, nie dotyczy to może ludzi zjedzonych przez własne nałogi czy depresję, bo to jest ten mały procent, któremu pieniądze rzeczywiście mogą nie wystarczyć (co nie zmienia faktu, że bogaty człowiek z nałogami może pozwolić sobie na lepszą opiekę psychiatryczną lub klinikę zwalczania uzależnień).
nie znoszę też ludzi, którzy opowiadają o tym, jak to oni w ogóle nie są materialistami i w ogóle pieniądze ich nie interesują. jest to ogólnie taki zafałszowany obraz rzeczywistości, bo wszyscy jesteśmy materialistami, w większym lub mniejszym stopniu. wszyscy potrzebujemy pieniędzy i myślę, że gdyby na ulicy leżały sobie 2 miliony do zgarnięcia, to nie byłoby osoby, która by ich nie chciała.
ale z drugiej strony tego typu zachowanie wynika z faktu, że z pieniędzy robi się temat tabu, bo przecież o pieniądzach nie wolno rozmawiać. nie wolno mówić, że lubi się pieniądze czy jakiekolwiek rzeczy materialne. owszem, istnieje druga strona medalu, czyli wydawanie pieniędzy na rzeczy zbędne, nadmierna konsumpcja, zakupoholizm i zapychanie dziur w psychice pieniędzmi, ale nie wiem czemu, niektórzy mają tendencję do ukrywania, że pieniądze są ok i że każdy chce je mieć.
nie ukrywam, że będąc osobą w moim wieku, trochę ciężko o pieniądze inne, niż te rodziców. cały obecny rok udzielałam korków z matmy i dodatkowo pracowałam i generalnie udało mi się jakoś tam to wszystko ogarnąć, ale wiem już na pewno, że nie będę kontynuować korków (zbyt duża odpowiedzialność psychiczna, totalnie nie nadaję się do tłumaczenia czegokolwiek) i muszę poszukać czegoś innego, nowego, przy czym praca na etacie za marne grosze mnie po prostu odrzuca. dużo osób ze starszego pokolenia oburza się, że młodzi ludzie "nie chcą pracować!!", "a za moich czasów robiło się za miskę ryżu!!". no spoko, z tym, że dzisiaj nawet miska ryżu jest droga, a koszty utrzymania są kilkukrotnie wyższe.
całe tegoroczne wakacje będę prawdopodobnie na nowo szukać czegoś, czego będę mogła się złapać, chociaż na jakiś czas. w zasadzie cieszę się, że zrobiłam rok przerwy, bo do wielu rzeczy podchodzę z rezerwą i dystansem, w przeciwieństwie do tego, co działo się rok temu (zmiana zdania 3x dziennie? dla mnie git). wiem już na pewno czego nie chcę robić, a to już jakiś krok w przód.
ostatnio obiecałam, że dam znać co tam u mnie tak ogólnie. otóż egzystuję i tylko w ten sposób można opisać ostatnie 2 miesiące. cały kwiecień de facto przechorowałam mimo wielkich planów, a teraz ogarnięcie życia muszę przełożyć na później, bo w jednym wielkim skrócie ilekroć się za to zabieram, coś mi przeszkadza (i tym razem to chyba nie prokrastynacja i guess). małymi krokami coś robię, ale nie jest to nic konkretnego. zbliża się znowu rekrutacja na studia, na które tym razem się wybieram, chociaż nadal jest to dla mnie zwykły nic nie znaczący papier i jednocześnie w 90% strata czasu. nie sądzę, żebym po studiach jakkolwiek chciała być związana z kierunkiem, który wybiorę i z tego co obserwuję, mało kto robi w życiu po studiach to, co obrał sobie jako kierunek tychże studiów. obecnie zmierzam w stronę artystyczną, bo było nie było jest to jedyna rzecz, którą potrafię robić dobrze (poza narzekaniem przeplatanym huraoptymizmem) i która ma szansę na powodzenie w moim przypadku. owszem, mam też jakieś inne plany, ale nie chcę w zasadzie o nich pisać, bo nie zrobiłam nic w tym kierunku i jak zwykle będzie to bullshitting.
kiedyś bawiło mnie, że ludzie żyją od weekendu do weekendu czy od wakacji do wakacji, ale w zasadzie mamy pierwszy rok od dłuższego czasu, kiedy cieszę się z tego, że idzie lato albo że za kilka dni znowu sobota. naprawdę potrzebuję odpoczynku, odbodźcowania, uporządkowania myśli, życia i przestrzeni wokół siebie.
ostatnio dotarło do mnie jak rzadko spędzam czas w miejscach, gdzie kiedyś było mi bardzo po drodze, zwłaszcza do biblioteki i parku nieopodal. na obecną chwilę jak już tam jestem, to tylko autem. mało spaceruję, wszędzie się spieszę, nie mam czasu żeby gdzieś sobie iść sama tak jak kiedyś, bo jeśli pojadę, to będę mieć 5x więcej czasu. no i jakoś nie mam. do tego pani, która zawsze była w tej bibliotece i z którą zawsze rozmawiałam o wszystkim i o niczym, zmarła kilka tygodni temu, po tym jak nie mogłam na nią trafić. i believe me or not, ale strasznie mnie to w jakimś stopniu dobiło, mimo że nie była to bliska mi osoba. po prostu przypomniało mi się, jak niedawno i zarazem dawno byłam tam pierwszy raz, ile rzeczy od tego czasu się wydarzyło, jak bardzo się zmieniłam, jak bardzo posypała się większość rzeczy, które wtedy były dla mnie ogromną częścią życia i jak rzadko obecnie tam bywam. ostatnim razem, kiedy widziałam panią z biblioteki, byłam tam naprawdę przelotem i było mi tak nie po drodze, że poprosiłam tatę, żeby mnie podrzucił. akurat rozmawiała z kimś innym, ale wyglądała zdrowo, promiennie. no i na tym koniec, bo kilka miesięcy później już nie pracowała.
wszystko to brzmi depresyjnie, ale nie taki był zamysł, just rutyna. ostatnio mam już więcej czasu, więc w sumie większość z rzeczy, nad którymi ubolewam w tym wpisie będę próbowała jakoś naprawić i zmienić. pewnie za jakiś czas zrelacjonuję znowu co tam u mnie i może będzie to brzmieć bardziej optymistycznie, a tymczasem pewnie na dniach zabiorę się za nadrabianie starych wpisów i może jakoś ogarnę aktywność tutaj, chociaż nic nie obiecuję.
trzymajcie się cieplutko!!
auroraborealis
• AUTOR@ZARD_fan_2002 to fakt, kiedyś za 400zł szło sobie życie ustawić, a dzisiaj mając wszystkie te wydatki ciężko sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mogło w ogóle tak być
auroraborealis
• AUTOR@ericius prawda, załatwienie najważniejszych potrzeb to też wszystko kwestia pieniędzy. jakiś czas temu przeszłam zapalenie uszu, czyli największe cholerstwo jakie może być, biorąc pod uwagę ból. na nfz musiałabym czekać tydzień (gdzie rośnie ryzyko powikłań, nie wspominając o tym, że to też nie przechodzi samo z siebie), więc oczywistym wyborem była wizyta prywatna, gdzie wraz z lekami poszło 500zł. i dotarło do mnie, że w sumie to nie każdego na to stać i że naprawdę są ludzie, którzy muszą czekać, choćby dlatego, że tych pieniędzy im żal na takie coś (i w ogóle się im nie dziwię). terapia to też ogromne koszty, chociaż to powinno być wg mnie przynajmniej w części refundowane w jakiś sposób, bo otrzymanie sensownej pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej na nfz graniczy z cudem.
o tak, a najgorzej jak ktoś zacznie używać tego typu wypłat jako argument, że pokolenie z jest leniwe. dzisiaj za 800zł można właściwie opłacić sobie benzynę i jedzenie na miesiąc, nie wspominając o rachunkach, nagłych wydatkach, czy tej jednej kawie w żabce raz na 2 tygodnie.
ciężka decyzja, mam nadzieję, że wybierzesz sobie na wakacje coś, co będzie Ci najbardziej pasowało <3
też prawda, tylko mam czasem wrażenie, że te przynoszące radość rzeczy mają tendencję do gubienia się w tej rutynie :((
wzajemnie, powodzenia ze wszystkim! <3