
auroraborealis
auroraborealis
imię: venus
miasto: seattle, lata 90.
o mnie: przeczytaj
11
O mnie
now i'm bored and old]
nie mam pojęcia, co jeszcze wyprawiam na tej stronie.
nie tworzę quizów, nie piszę opowiadań, ale lubię vibe losowych wpisów, lubię czytać co mają do powiedzenia inni, a ja sama uwielbiam rozpisywać się na temat... Czytaj dalej
Ostatni wpis
Zaloguj się, aby dodać nowy wpis.
niektórzy mówią, że pieniądze nie dają szczęścia i że tak w sumie pieniądze to nie wszystko. a dorosłość polega chyba na tym, żeby zrozumieć, że takie gadanie należy włożyć między bajki.
żyjemy w tak konsumpcyjnym i zepsutym świecie, że żeby być zdrowym i choć trochę szczęśliwym, trzeba mieć pieniądze. i tak na dobrą sprawę zawsze gdzieś tam uważałam, że spoko git, pieniądze zawsze się znajdą, a to inne rzeczy są ważniejsze. aż nie zaczęłam zarabiać i posiadać własnych wydatków. w przeciągu pół roku wydałam naprawdę, naprawdę sporo i najgorsze jest to, że tylko mała część tych rzeczy to były zachcianki. reszta to utrzymanie i codzienność, kupno rzeczy niezbędnych, edukacja, coś czego nie da się przeskoczyć. a w przyszłym roku zapowiada się jeszcze weselej.
i tak oto mała ja, której wydawało się, że życie polega na magii przyjaźni, zderzyła się z rzeczywistością. i bardzo jej współczuję.
kiedy byłam młodsza wydawało mi się, że naprawdę mała część ludzkich nieszczęść to pieniądze, że niektóre problemy da się załatwić nie mając grosza przy duszy. ale prawda jest taka, że przeważająca większość problemów, jakie zauważam w swoim życiu to tylko i wyłącznie kwestia pieniędzy. każda niezrealizowana lub odłożona rzecz w życiu czy każde większe zmartwienie zawsze dałoby się rozwiązać kasą i tylko kasą. owszem, nie dotyczy to może ludzi zjedzonych przez własne nałogi czy depresję, bo to jest ten mały procent, któremu pieniądze rzeczywiście mogą nie wystarczyć (co nie zmienia faktu, że bogaty człowiek z nałogami może pozwolić sobie na lepszą opiekę psychiatryczną lub klinikę zwalczania uzależnień).
nie znoszę też ludzi, którzy opowiadają o tym, jak to oni w ogóle nie są materialistami i w ogóle pieniądze ich nie interesują. jest to ogólnie taki zafałszowany obraz rzeczywistości, bo wszyscy jesteśmy materialistami, w większym lub mniejszym stopniu. wszyscy potrzebujemy pieniędzy i myślę, że gdyby na ulicy leżały sobie 2 miliony do zgarnięcia, to nie byłoby osoby, która by ich nie chciała.
ale z drugiej strony tego typu zachowanie wynika z faktu, że z pieniędzy robi się temat tabu, bo przecież o pieniądzach nie wolno rozmawiać. nie wolno mówić, że lubi się pieniądze czy jakiekolwiek rzeczy materialne. owszem, istnieje druga strona medalu, czyli wydawanie pieniędzy na rzeczy zbędne, nadmierna konsumpcja, zakupoholizm i zapychanie dziur w psychice pieniędzmi, ale nie wiem czemu, niektórzy mają tendencję do ukrywania, że pieniądze są ok i że każdy chce je mieć.
nie ukrywam, że będąc osobą w moim wieku, trochę ciężko o pieniądze inne, niż te rodziców. cały obecny rok udzielałam korków z matmy i dodatkowo pracowałam i generalnie udało mi się jakoś tam to wszystko ogarnąć, ale wiem już na pewno, że nie będę kontynuować korków (zbyt duża odpowiedzialność psychiczna, totalnie nie nadaję się do tłumaczenia czegokolwiek) i muszę poszukać czegoś innego, nowego, przy czym praca na etacie za marne grosze mnie po prostu odrzuca. dużo osób ze starszego pokolenia oburza się, że młodzi ludzie "nie chcą pracować!!", "a za moich czasów robiło się za miskę ryżu!!". no spoko, z tym, że dzisiaj nawet miska ryżu jest droga, a koszty utrzymania są kilkukrotnie wyższe.
całe tegoroczne wakacje będę prawdopodobnie na nowo szukać czegoś, czego będę mogła się złapać, chociaż na jakiś czas. w zasadzie cieszę się, że zrobiłam rok przerwy, bo do wielu rzeczy podchodzę z rezerwą i dystansem, w przeciwieństwie do tego, co działo się rok temu (zmiana zdania 3x dziennie? dla mnie git). wiem już na pewno czego nie chcę robić, a to już jakiś krok w przód.
ostatnio obiecałam, że dam znać co tam u mnie tak ogólnie. otóż egzystuję i tylko w ten sposób można opisać ostatnie 2 miesiące. cały kwiecień de facto przechorowałam mimo wielkich planów, a teraz ogarnięcie życia muszę przełożyć na później, bo w jednym wielkim skrócie ilekroć się za to zabieram, coś mi przeszkadza (i tym razem to chyba nie prokrastynacja i guess). małymi krokami coś robię, ale nie jest to nic konkretnego. zbliża się znowu rekrutacja na studia, na które tym razem się wybieram, chociaż nadal jest to dla mnie zwykły nic nie znaczący papier i jednocześnie w 90% strata czasu. nie sądzę, żebym po studiach jakkolwiek chciała być związana z kierunkiem, który wybiorę i z tego co obserwuję, mało kto robi w życiu po studiach to, co obrał sobie jako kierunek tychże studiów. obecnie zmierzam w stronę artystyczną, bo było nie było jest to jedyna rzecz, którą potrafię robić dobrze (poza narzekaniem przeplatanym huraoptymizmem) i która ma szansę na powodzenie w moim przypadku. owszem, mam też jakieś inne plany, ale nie chcę w zasadzie o nich pisać, bo nie zrobiłam nic w tym kierunku i jak zwykle będzie to bullshitting.
kiedyś bawiło mnie, że ludzie żyją od weekendu do weekendu czy od wakacji do wakacji, ale w zasadzie mamy pierwszy rok od dłuższego czasu, kiedy cieszę się z tego, że idzie lato albo że za kilka dni znowu sobota. naprawdę potrzebuję odpoczynku, odbodźcowania, uporządkowania myśli, życia i przestrzeni wokół siebie.
ostatnio dotarło do mnie jak rzadko spędzam czas w miejscach, gdzie kiedyś było mi bardzo po drodze, zwłaszcza do biblioteki i parku nieopodal. na obecną chwilę jak już tam jestem, to tylko autem. mało spaceruję, wszędzie się spieszę, nie mam czasu żeby gdzieś sobie iść sama tak jak kiedyś, bo jeśli pojadę, to będę mieć 5x więcej czasu. no i jakoś nie mam. do tego pani, która zawsze była w tej bibliotece i z którą zawsze rozmawiałam o wszystkim i o niczym, zmarła kilka tygodni temu, po tym jak nie mogłam na nią trafić. i believe me or not, ale strasznie mnie to w jakimś stopniu dobiło, mimo że nie była to bliska mi osoba. po prostu przypomniało mi się, jak niedawno i zarazem dawno byłam tam pierwszy raz, ile rzeczy od tego czasu się wydarzyło, jak bardzo się zmieniłam, jak bardzo posypała się większość rzeczy, które wtedy były dla mnie ogromną częścią życia i jak rzadko obecnie tam bywam. ostatnim razem, kiedy widziałam panią z biblioteki, byłam tam naprawdę przelotem i było mi tak nie po drodze, że poprosiłam tatę, żeby mnie podrzucił. akurat rozmawiała z kimś innym, ale wyglądała zdrowo, promiennie. no i na tym koniec, bo kilka miesięcy później już nie pracowała.
wszystko to brzmi depresyjnie, ale nie taki był zamysł, just rutyna. ostatnio mam już więcej czasu, więc w sumie większość z rzeczy, nad którymi ubolewam w tym wpisie będę próbowała jakoś naprawić i zmienić. pewnie za jakiś czas zrelacjonuję znowu co tam u mnie i może będzie to brzmieć bardziej optymistycznie, a tymczasem pewnie na dniach zabiorę się za nadrabianie starych wpisów i może jakoś ogarnę aktywność tutaj, chociaż nic nie obiecuję.
trzymajcie się cieplutko!!
@auroraborealis Z pieniędzmi jest tak, że może jednym dadzą szczęście a drugim nie, co nie oznacza jednak, że obu stronom są potrzebne jak psu buda czy coś
Tak cofając się o 15 lat jednakże, aż ciężko sobie wyobrazić fakt, że dzisiejsze pieniądze które nam czasem ledwo wystarczają na miesiąc, wtedy mogły by nam starczyć na conajmniej 2 lub 3 miesiące (tęsknie za tymi nieco bardziej prostymi czasami :D)
@auroraborealis niby pieniądze szczęścia nie dają, ale bez pieniędzy na życie nie nie da sie być szczęśliwym i za pieniądze można załatwić masę rzeczy, które ułatwiają bycie szczęśliwym, czy to hobby czy zadbanie o zdrowie psychiczne (bo nie oszukujmy się terapia czy wizyty lekarskie to spoko może być koszt 15000 w ciągu roku, czyli tak ze trzy wcale nie minimalne wypłaty).
racja z tą pracą. co z tego, że moja mama zarabiała w pierwszej pracy około 2000r 800zł, jak za tyle to teraz może być ciężko tydzień przeżyć licząc wszytskie koszty. też teraz jestem rozdarta co ze sobą w wakacje zrobić, na studia pójdę na pewno, ale siedzenie „bezczynnie” te ponad 4 miesiące wiem, że będzie dla mnie fatalne. także nie wiem czy sobie czegoś szukać czy łapać się pracy na gospodarstwie u rodziny, oba swoje plusy i minusy mają.
ah, przykra historia z tą panią z biblioteki :/
rutyna wcale nie jest zła, jeśli poza nią coś przynoszącego radość się zdarzy od czasu do czasu. oby ci się tam wszystko co może ułożyło i też się trzymaj <3
@ZARD_fan_2002 to fakt, kiedyś za 400zł szło sobie życie ustawić, a dzisiaj mając wszystkie te wydatki ciężko sobie wyobrazić, że kiedykolwiek mogło w ogóle tak być
@ericius prawda, załatwienie najważniejszych potrzeb to też wszystko kwestia pieniędzy. jakiś czas temu przeszłam zapalenie uszu, czyli największe cholerstwo jakie może być, biorąc pod uwagę ból. na nfz musiałabym czekać tydzień (gdzie rośnie ryzyko powikłań, nie wspominając o tym, że to też nie przechodzi samo z siebie), więc oczywistym wyborem była wizyta prywatna, gdzie wraz z lekami poszło 500zł. i dotarło do mnie, że w sumie to nie każdego na to stać i że naprawdę są ludzie, którzy muszą czekać, choćby dlatego, że tych pieniędzy im żal na takie coś (i w ogóle się im nie dziwię). terapia to też ogromne koszty, chociaż to powinno być wg mnie przynajmniej w części refundowane w jakiś sposób, bo otrzymanie sensownej pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej na nfz graniczy z cudem.
o tak, a najgorzej jak ktoś zacznie używać tego typu wypłat jako argument, że pokolenie z jest leniwe. dzisiaj za 800zł można właściwie opłacić sobie benzynę i jedzenie na miesiąc, nie wspominając o rachunkach, nagłych wydatkach, czy tej jednej kawie w żabce raz na 2 tygodnie.
ciężka decyzja, mam nadzieję, że wybierzesz sobie na wakacje coś, co będzie Ci najbardziej pasowało <3
też prawda, tylko mam czasem wrażenie, że te przynoszące radość rzeczy mają tendencję do gubienia się w tej rutynie :((
wzajemnie, powodzenia ze wszystkim! <3





auroraborealis
AUTOR•dawno mnie tu nie było.
i szczerze, napisałabym nawet jakiś wpis, ale jakoś chyba nie mam o czym. czegokolwiek bym nie napisała, będę się powtarzać, opisywać rzeczy, które już opisywałam, bo właściwie mimo tego, że dzieje się u mnie dość sporo, to nie jest to nic takiego, co wcześniej się nie działo.
kiedyś ta strona to było moje safe place i za każdym razem, kiedy nie miałam komu się wygadać albo miałam zbyt dużo przemyśleń, żeby to jakoś sensownie poukładać, pisałam jakiś wpis i jakoś samo się układało. obecnie mam wrażenie, że to już nie miejsce dla mnie i nawet nie pamiętam, żeby tu czasem zajrzeć i nadrobić powiadomienia. może wyrosłam. kiedyś spędzałam tutaj godziny, siedziałam we wszystkich możliwych fandomach, czytałam masę książek, słuchałam muzyki po 16h dziennie i kiedy w prawdziwym życiu nie mogłam znaleźć osób, które czytałyby albo słuchałyby tego co ja, szukałam tutaj. i tym sposobem spędzałam czas dyskutując z ludźmi o tych wszystkich rzeczach, pisząc głupkowate fanfiki, czy tworząc quizy, które zginęły gdzieś w eterze na przestrzeni lat. 2 maja miną 4 lata odkąd jestem sobie tutaj i coś tam robię. masa czasu, a ile rzeczy wydarzyło się w międzyczasie. chciałabym powiedzieć tej swojej młodszej wersji siebie, że miała rację, kiedy jechała siebie samą za nicnierobienie albo marnowanie zasobów, bo przez nią ja cały czas muszę coś robić. z drugiej strony powiedziałabym jej, że jestem dumna i że fajnie, że była tym, kim była, bo dzięki niej wiem, kim ja jestem.
to nie tak, że mam zamiar nigdy tu nie wchodzić, wręcz powiedziałabym, że żyją we mnie dwa wilki, i ten drugi pisze sobie opowiadanie, które być może kiedyś tu wstawi. być może za jakiś czas najdzie mnie na dodawanie wpisów, być może wydarzą się rzeczy, które będą prosiły się o update. a tymczasem trzymajcie się cieplutko <3
ericius
@auroraborealis hej
rozumiem. chociaż ja chętnie bym poczytała czasem co u ciebie, nawet jeśli byłoby to powtarznie się.
w pewnym sensie to dobrze, że nie masz już takiej potrzeby, bo to znaczy, że znalazłaś w prawdziwym życiu to czego szukałaś tutaj albo przestało być ci to potrzebne. ja mam taki problem, że ta strona nadal jest dla mnie taki safe space, nawet jeśli mam poczucie, że robię się na nią za stara, nawet jeśli teoretycznie mam ludzi do pogadania na pewne tematy to jakoś automatycznie mam ochotę tu zajrzeć, ta w pewnym sensie anonimowość, jest strasznie kusząca. ile „wpisów” finalnie wkleiłam do swojego dziennika zamist to dodać jak początkowo zamierzałam…
hm, te wszytskie rzeczy też są ważne i kiedy ma mieć się czas na nicnierobienie jeśli nie będąc dzieciakiem? do małej siebie trzeba mieć sporo wyrozumiamałości, bo miała wtedy zupełnie inny punkt widzenia, także fajnie, że jesteś też dumna.
to mam nadzieję, że wygra ten drugi, hah. albo przynajmniej będzie miał jakąś siłę przebicia
też się trzymaj i wszytskiego dobrego
auroraborealis
• AUTOR@ericius wydaje mi się, że moja nieaktywność tutaj to głównie wynik wpadnięcia w schemat pracy przeplatanej spadkiem energii i marnowaniem czasu na niewymagające myślenia aktywności (bo napisanie tutaj wpisu czy odpisanie komuś wymaga myślenia, a mi często po całym dniu brakuje komórek mózgowych, żeby jakoś sensownie funkcjonować).
pewnie w wakacje nadrobię to wszystko, bo tak jak wspomniałaś, ta anonimowość i możliwość wyrzucenia jakichś swoich myśli we wpisach, nawet jeśli czyta to tylko garstka, to naprawdę świetna możliwość (i mam wrażenie, że kiedyś tego typu zajęcie było moją terapią, której nawet nie wiedziałam, że potrzebuję).
samo to, że loguję się tu czwarty raz w tym miesiącu chyba oznacza, że ten drugi wygrywa.
dzięki i też wszystkiego dobrego 🫶🏻
auroraborealis
AUTOR•dorosłość jest porypana, naprawdę. niby dużo mówi się o tym, że po skończeniu liceum wiele rzeczy się zmienia i że jest inaczej, ale nie sądziłam, że znajdę się kiedyś w punkcie, gdzie nie będę miała czasu na kompletnie nic, co lubię/chcę robić, albo będę mieć go na tyle mało, że ważne rzeczy będę wciskać w takie "międzyczasy", kiedy akurat mam godzinne okienko, pół godziny przerwy, albo wieczór, kiedy jakimś cudem nie kończę z migreną. wpisy tutaj, które były kiedyś takim naturalnym końcem tyogdnia, teraz pojawiają się rzadko, na gitarze nie grałam 3 miesiące, swetra nadal nie skończyłam, ostatni obraz namalowałam w grudniu, a ostatnią książkę w całości przeczytałam… nie pamiętam kiedy.
pracuję dużo, nie wysypiam się i zbieram efekty w postaci sytuacji, które uświadamiają mi, że nie jest dobrze i że naprawdę potrzebuję uporządkować wiele rzeczy w swoim życiu XD
byłam ostatnio zatankować auto, podchodzę do kasy i mówię panu "dyspozytor nr 8".
ten konkretny kasjer jest taki dosyć specyficzny, wydaje mi się, że ma content z młodych kierowców, przynajmniej takie odnoszę wrażenie za każdym razem, jak tam jestem. no więc spojrzał na mnie i pyta "że jak pani powiedziała? dyspozytor?", a ja byłam tak bardzo zajęta swoimi myślami, że odpowiedziałam tylko "tak, dyspozytor", zamiast "nie, chodziło mi o dystrybutor" XD polski język trudny język, w zasadzie te dwa słowa to nawet trochę synonimy, tylko że nie w tym kontekście…
no cóż, przyjaciółka doradziła mi, żebym zmieniła stację benzynową, ale generalnie i don't feel any shame, i won't apologize, przynajmniej się typo mógł pośmiać.
niemniej jednak mój ostatnimi czasy chaotyczny sposób bycia uświadomił mi, jak bardzo potrzebuję snu, powrotu do swojego starego trybu życia i świętego spokoju. przy odrobinie szczęścia taki stan rzeczy powróci w maju lub czerwcu, kiedy wreszcie będę mieć swoje 2 miesiące wakacji, książki i wszystko, za co tyle czasu chciałam się zabrać, nie miałam kiedy i pewnie ostatecznie w wakacje tego nie zrobię, bo nie będę wiedziała w co wsadzić ręce.
wielkimi krokami zbliża się październik i prawdopodobnie zostanę jednak studentką finansów, co nie jest może spełnieniem moich marzeń, ale odkąd zaczęłam udzielać korków z matmy wiem na pewno, że jest to miliard razy lepszy wybór niż matematyka albo fizyka nauczycielska. pod tym względem, mimo całego mojego narzekania na ten rok (którego wszystkie bliskie mi osoby mają dość), gap year to była dobra decyzja i cieszę się, że ją podjęłam. bez tego pewnie wepchałabym się w super toksyczną branżę, gdzie możliwości ucieczki są ograniczone, bo żadna inna branża nie ma przecież 2 miesięcy wakacji…
zdałam sobie sprawę z tego, że nie znoszę uczyć ludzi, pracować z ludźmi, nie znoszę nauczycieli i ich środowiska, nie wytrzymuję humorków i zachcianek innych, no i do tego przekonałam się, że ten świat prócz miłych, serdecznych ludzi, jest pełen roszczeniowych mend, które myślą, że cały świat jest stworzony dla nich.
nie wiem co dalej. w zasadzie plan jest taki, że w czerwcu zostawiam pewien etap życia trochę za sobą i wracam do rzeczy, którym chcę poświęcać czas, ale nigdy nie ma kiedy. chciałabym wrócić do dawnej siebie, bo ostatnimi czasy cofam się w rozwoju i zapominam o wszystkich lekcjach życiowych, które kiedykolwiek dostałam, nie wspominając o tym, że słodkie kotki zdominowały moją stronę główną na youtubie, no i w efekcie musiałam ustawić sobie limit. staram się nie zapomnieć kim jestem, kim byłam i co lubię robić, ale w zasadzie ciężko o to w świecie, gdzie człowiek od samego istnienia jest już przebodźcowany.
mimo całego tego negatywnego wydźwięku, nie jest tak źle. chyba się nie chwaliłam, ale w styczniu rozwaliłam egzamin na prawko, od około miesiąca jeżdżę po drogach, no i nie jest źle widzowie. co prawda zmienianie pasów o 15:00 na dużych skrzyżowaniach nie idzie mi specjalnie dobrze, ale nauczę się w końcu, przynajmniej taką mam nadzieję XD
przede wszystkim pierwszy raz od dłuższego czasu jestem dość mocno zmotywowana żeby robić cokolwiek, a od motywacji chyba się zaczyna.
dajcie znać co u was, nie wiem kiedy przeczytam, ale postaram się wpaść tu szybciej niż za miesiąc.
trzymajcie się cieplutko!!
auroraborealis
• AUTOR@80Ramone no dobra, to teraz lecę googlować czemu amnezja to nie to samo co amnestia i czym to się różni XD
oby jednak udało się nam jakoś zdyscyplinować i coś zrobić i oby z tymi studiami też się udało 🙏🏻
w takim razie powodzenia z prawkiem!! <3
auroraborealis
• AUTOR@ericius niee, teraz po czasie widzę, że ten pan po prostu ma takie specyficzne poczucie humoru i że jest całkiem miły. na obecną chwilę ilekroć tankuję, mam nadzieję, że trafię na niego, bo reszta pracuje jakby za karę.
racja, ja po 3 miesiącach jeżdżenia nie mogę powiedzieć, żebym była genialnym kierowcą. owszem, zwracam uwagę na więcej rzeczy niż kiedyś, wydaje mi się, że pewne sytuacje już na tym etapie mnie czegoś nauczyły, ale ostatnio pcham się w różne miejsca kiedy ruch jest dość spory, i wiele zdarzyło się akcji, gdzie nie do końca wiedziałam co zrobić, improwizowałam albo miałam szczęście (jak np. to, że musiałam wycofać, żeby ktoś mógł przejechać, a za mną nie było nikogo, zadanie ułatwione). ale nie jest tak źle, w gruncie rzeczy jakoś sobie radzę i osobiście wolę jechać sama, niż jakbym miała jechać uberem czy nawet autobusem.
trochę szkoda, że się nie udało, ale w sumie mało osób zdaje za pierwszym, więc nie ma co żałować, przynajmniej masz już jakieś doświadczenie z egzaminami.
odłożenie tego to też dobra decyzja, bo matury w połączeniu z prawem jazdy to niebezpieczna mieszanka, duże prawdopodobieństwo, że na coś będzie za mało czasu albo za duża presja.
ja do swojej starej instruktorki też nie zadzwoniłam ani razu, bo wyjeździłam kilka godzin z innym instruktorem, i to jemu zawdzięczam zdany egzamin. ona zaś dostała ode mnie negatywa w googlach, po czym napisała mi smsa, że ona się z tą opinią nie zgadza, że mam jej wyjaśnić jakieś stwierdzenia zawarte w tej opinii, i że prawo jazdy to nie spotkanie koleżeńskie. nie odpisałam jej i nie zamierzam, bo gdyby nie ona, miałabym prawko pewnie już na jesień 2025, a jej ciągłe uwagi bardziej przypominały jeżdżenie z fałszywą ciotką, która udaje miłą, a co jakiś czas rzuca ironiczne uwagi.
trochę mam opóźnienie z odpisywaniem, ale mam nadzieję, że matury poszły Ci super i że będziesz mieć więcej czasu dla siebie <3
auroraborealis
AUTOR•mało mnie ostatnio tutaj, na co składa się kilka powodów. po pierwsze, brak czasu. styczeń tego roku skumulował większość nietkniętych albo niedokończonych spraw z zeszłego roku, i wszystkie po prostu się nawarstwiły (w efekcie przeżyłam cały rok w jeden miesiąc i teraz staram się pojąć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło). po drugie, realne życie jest ostatnio dla mnie na tyle zajmujące, że niewiele siedzę w mediach społecznościowych. doszłam do wniosku, że o zainteresowania trzeba dbać póki są, więc spędzam swój czas wolny na malowaniu, szydełkowaniu (tak, dalej robię ten sam sweter, nie, nie jestem nawet w połowie), czytaniu, graniu na gitarze i oglądaniu motoryzacyjnego contentu. sporo wychodzę z domu, no i nabijam kolejne godziny na spotify, słuchając może 5 piosenek pearl jamu na krzyż. stwierdziłam ostatnio, że może zajmę się fotografią i lepieniem z gliny, więc szukam aparatu i większej ilości wolnego czasu, bo głupio by było zrezygnować z pracy dla glinianych figurek, a potem narzekać, że nie ma za co kupić gliny. miałam wracać do pisania, więc coś tam się pisze, ale w tempie 2 zdań na dzień, więc jest jak jest, nie mam pojęcia w co ręce włożyć, przez co wszystko robię po trochu. dosłownie.
od kilku dni oficjalnie znajduję się na tym świecie 2 dekady, więc za kolejne dwie będę mogła przechodzić kryzys wieku średniego, za jeszcze dwie będę już na emeryturze, a za jeszcze dwie pewnie w grobie. szybko leci ten czas.
przyznam, że ostatnio znowu zaczęłam się przejmować tym, co sobie myślą o mnie inni, i to tak dość mocno. do tego stopnia, że znowu odpalił mi się overthinking na temat życia, wszystkich obecnych lub kiedyś obenych w moim życiu osób i relacji, a na sam koniec przypomniałam sobie jak dobrze jest być sobą, mieć własne niepodważalne zdanie, cechy osobowości, które inni mogą albo kochać albo nienawidzić, więc w efekcie chyba zatoczyłam koło i wracam do swojej i don't care ery. bo tak w sumie głupio by było spędzić życie pod dyktando randomów. wiele razy poruszałam ten temat tutaj, a jako że lubię się powtarzać, to raz więcej nie zaszkodzi. chciałam kiedyś dopasować na siłę swoją osobowość, sposób ubioru i bycia do jakiejś estetyki, byleby zmieścić się do konkretnego pudełka i być "spójną" osobą. do teraz mam naleciałości takiego toku myślenia, ale na obecną chwilę chyba mam już gdzieś te wszystkie naciągane estetyki, mogę być wszystkim, nawet jeśli rzeczy, które robię kompletnie się wykluczają. jednego dnia mogę być dresem, drugiego najbardziej overdressed osobą wśród znajomych, a trzeciego mieszanką tych dwóch. to samo, jeśli chodzi o wszystko inne. gatunki czytanych książek, muzykę, czy zainteresowania. świat jest zbyt różnorodny, żeby robić sobie krzywdę i się ograniczać.
ostatnio dotarło do mnie, że mój gap year powoli dobiega końca. do tej pory nie wybrałam żadnego kierunku studiów i mimo że dużo rzeczy wyklarowało się po drodze, chyba nadal uważam, że nigdzie nie pasuję na 100%, i nie wiem czy to się zmieni. staram się co miesiąc albo kilka przeglądać kierunki i sprawdzać, co się zmieniło, ale w obszarze moich zainteresowań nie ma niczego interesującego. być może zostanie mój plan A, który okazał się być niewypałem i jednak pójdę na finanse. być może wybiorę coś najbardziej losowego, a być może po prostu nie będę potrzebować studiów wcale. fajnie by było.
pierwszy raz od półtorej roku wydaje mi się, że wiem co robię. albo przynajmniej bardziej wiem niż nie wiem. znowu mam jakieś plany. znowu dość sporo oszczędzam i znowu wydaje mi się, że to co się dzieje może mieć jakiś głębszy sens. o ile jakikolwiek ma.
generalnie u mnie chyba zaskakująco nawet w porządku. chętnie poczytam sobie co u Was.
trzymajcie się cieplutko <3
auroraborealis
• AUTOR@ericius wydaje mi się, że takie poświęcanie się danemu zainteresowaniu przez określony czas jest bardziej efektywne, niż to co ja robię, bo w efekcie w niczym nie osiągam widocznego progresu, tak więc zastanawiam się jak to inaczej zorganizować, no i rozważam taki tryb hahah
prawda, wybory są ogromnie ciężkie, więc życzę Ci, żebyś przekonała się, co jest takim Twoim kierunkiem i żeby wszystko poszło po Twojej myśli <3
i dziękuję!
fajnie, że u Ciebie w porządku, no i dobrze, że masz wokół siebie ludzi, którzy czasem skontrastują tą rutynowość, życie się robi jakieś takie barwniejsze <3
auroraborealis
• AUTOR@lunae25 <3
auroraborealis
AUTOR•ostatnimi czasy mam wrażenie, że stałam się monotematyczna, albo nawet gorzej, bo pewne wpisy, dodawane tu niedawno, w moich oczach nawet nie posiadały jakiejś konkretnej tematyki, nie poruszały żadnego konkretnego problemu, po prostu były.
ale szczerze mówiąc, już dłuższy czas temu doszłam do wniosku, że posiadanie konta na tej stronie to trochę moja osobista terapia, nawet jeśli mam komu się wygadać irl i nawet jeśli shitpostuję. no bo wpisy na tej stronie mają swój osobisty vibe i z jakiegoś powodu pisanie ich jest przyjemne, nawet jeśli nikt ich nie przeczyta, albo zrobią to 2-3 osoby. po prostu sentyment trzyma tą moją potrzebę napisania czegoś tutaj od czasu do czasu, a ja nie protestuję.
otóż muszę się podzielić tym, że ostatnio u mnie zaskakująco dobrze, a porównując z zeszłym rokiem, nawet bardzo dobrze. nie mogę powiedzieć, żeby moja motywacja do wszystkiego wróciła do takiego poziomu jak kiedyś, bo tak nie jest i wydaje mi się, że już nigdy nie będzie. pewne sytuacje zmieniły mnie do tego stopnia, że już raczej nigdy nie będę huraoptymisyką, moje różowe okulary wyblakły i zostało mi bycie realistką. staram się nie przebodźcować, więc nie ekscytuję się za bardzo jeśli nie ma czym, do tego bardzo oszczędzam optymizm i wolę zobaczyć, co będzie dalej i ocenić sytuację po fakcie, bo przejechałam się za dużo razy wyciągając zbyt pochopnr wnioski. wydaje mi się, że to już nie kwestia jakichś moich wewnętrznych problemów, a po prostu dorosłam.
mimo, że wiele rzeczy mi przeszkadza, wydaje mi się, że warto żyć dla tych drobnych czy większych zmian, cięższych momentów w życiu, własnych zainteresowań, czy czegokolwiek, co przynosi radość. wszyscy "specjaliści" mówią, że trzeba znaleźć jakiś cel w tym wszystkim, coś co nas napędza. nie wydaje mi się, żeby to była do końca prawda. tzn. na pewno z celem jest łatwiej, ale prawdziwa sztuka to nauczyć się żyć bez niego. żyć po prostu i nie mieć wyrzutów sumienia, że się żyje.
system edukacji i presja społeczna indoktrynują nas od małego, wciskając, że trzeba znaleźć ten przeklęty cel i "być kimś". celem nie mogą być spacery, czy czytanie książek, albo słuchanie muzyki, bo to byłoby zbyt płytkie, w ten sposób nie robi się przecież kariery, nie jest się pożytecznym dla ogółu i nie zarabia. ale co jeśli to jest właśnie ten prawdziwy cel? żeby być zwyczajnie szczęśliwym człowiekiem? albo względnie szczęśliwym?
nie wiem, ale wydaje mi się, że może tak być.
kiedy byłam młodsza i zaczęłam operować własnymi pieniędzmi, myślałam, że można się uszczęśliwiać kupowaniem rzeczy. i owszem, można. ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że już wszystko mam i nie ma takiej rzeczy, którą mogłabym zapełnić lukę. a luką było po prostu polubienie przebywania we własnym towarzystwie. brak jakiegoś wiszącego celu i perspektyw, albo moich niewykorzystanych "talentów", które przecież trzeba wykorzystać, bo jest ileśtam osób na moje stanowisko domniemanej pracy.
mam to gdzieś. pod koniec sierpnia pisałam, że dobija mnie to, że nie wiem nic. dzisiaj wydaje mi się, że to dobrze, bo dzięki temu szukam. czy gdybym poszła bezmyślnie na jakiś kierunek studiów, który nie do końca współgra z moimi zainteresowaniami, szukałabym dalej? pewnie nie.
obudziłabym się za kilka lat, mając tytuł magistra i zero pojęcia o tym, co lubię robić, a także zero czasu na pasje.
nie mogę powiedzieć, żebym była mistrzynią w rozwijaniu swoich zainteresowań, bo ostatnio czasu mam mniej niż chęci (o dziwo) i muszę priorytetować pewne rzeczy kosztem innych. ale staram się i wiem na pewno, że jeśli kiedykolwiek zdecyduję się pójść standardową ścieżką studia —> kariera, zrobię wszystko, żeby móc rozwijać to, na co mam ochotę. żeby móc nadal być sobą i nie zaniedbać zainteresowań.
jeżeli więc okaże się, że nie wybiorę w przyszłym roku żadnego kierunku, albo wybór będzie taki sam jak kilka miesięcy temu, pójdę swoją drogą. jakąkolwiek, byle była moja własna.
nie sądzę, żebym kilka miesięcy temu myślała to samo, bo byłam w zupełnie innym miejscu, ale cieszę się, że doszłam do takich wniosków.
nie czuję tych wystrzałów endorfin myśląc o tym, czym mogłabym się zajmować w przyszłości bez studiów, albo wykorzystując jakieś swoje artystyczne umiejętności, ale nie czuję też jakiegoś wstrętu. tylko spokój.
ostatnimi czasy poza pracą zajmuję się porządkowaniem całego życia, żeby wszystko się jako tako trzymało. idzie mi to nienajgorzej i w takich momentach cieszę się, że mam gdzieśtam na to czas.
poza tym wracam do regularności w pewnych rzeczach, znowu gotuję sama (jak najdalej od kupnego gowna), jeszcze tylko jakaś aktywność fizyczna i będzie bingo. i chociaż nie jestem mistrzynią produktywności, tracę czas na gapienie się w ścianę albo myślenie o kwestiach, które nie przybliżą mnie nigdy do wielkiej kariery czy bogactwa, jest mi całkiem dobrze i czuję się dość stabilnie. i co najlepsze, gdyby teraz wszystko okazało się niewypałem, nie skończyłoby się to załamaniem nerwowym ani półtorarocznym spadkiem wszelkiej motywacji. stwierdziłabym, że w sumie spoko i poszła dalej.
dziękuję za przybycie na mojego tedtalka.
RunWildRunFree
Chciałabym zaznaczyć że z wpisu z którym jak zwykle mogę się utożsamić (jak ty to robisz kobieto) trafia do mnie ten akapit:
„system edukacji i presja społeczna indoktrynują nas od małego, wciskając, że trzeba znaleźć ten przeklęty cel i "być kimś". celem nie mogą być spacery, czy czytanie książek, albo słuchanie muzyki, bo to byłoby zbyt płytkie, w ten sposób nie robi się przecież kariery, nie jest się pożytecznym dla ogółu i nie zarabia. ale co jeśli to jest właśnie ten prawdziwy cel? żeby być zwyczajnie szczęśliwym człowiekiem? albo względnie szczęśliwym?
nie wiem, ale wydaje mi się, że może tak być.”
kiedy ktoś ubiera twoje myśli w słowa i nadchodzi to takie dziwne uczucie… dziękuję że napisałaś coś czego ja nie potrafiłam
auroraborealis
• AUTOR@RunWildRunFree ja po prostu piszę co myślę, niemniej jednak bardzo się cieszę, że to do Ciebie trafia i że możesz się z tym utożsamić <3